Boskie Buenos Aires

Posłuchaj wpisu

Meandry rzek i zamiłowanie do kątów prostych

26 stycznia 2025, w samolocie gdzieś nad Buenos Aires

Patrząc przez okno samolotu, moje myśli krążą wokół zamiłowania człowieka do banalnej geometrii. Miasta i wszystko, czego dotknął ludzki palec jest do siebie zadziwiająco podobne. To szalone zamiłowanie do kątów prostych. Te wszechobecne prostokątne pola uprawne, osiedla jak klocki połączone siatką równoległych i przecinających się pasm dróg.

Z jednej strony to rozumiem. Sztywna kontrola nad światem, wyrugowanie obłości i organicznych kształtów, z pewnością ułatwia planowanie urbanistyczne i podział ziemi jak własności. Z drugiej strony, patrząc na meandry rzek, bruzdy szczytów górskich i plamy jezior i mórz, na ich naturalne i żywe piękno ciężko zrozumieć, czemu mając taką inspirację wybraliśmy rozszczepianie i formowanie świata za pomocą linijki. Zwłaszcza, że te organiczne systemy wydają się funkcjonować sprawniej niż nasze zakorkowane miasta.

Podczas lotu spałam w różnych pozycjach, ale konsekwentnie w jedną stronę. Obudziłam się w samą porę, by podziwiać pierwsze barwy wschodu słońca nad Buenos Aires. Moja senna głowa pyta, czy to, co widzę, to Pas Wenus, ale zaraz potem odrzuca tę myśl.

10 godzin na przesiadkę

Nasi Chłopi w doborowym towarzystwie w hostelu w Buenos Aires

później 26 stycznia 2025, w samolocie w drodze do Ushuai

Ląduję na samolotowym siedzeniu rozgrzana argentyńskim słońcem i emocjami dnia pełnego wrażeń. Hałas maszyn nie pozwala nagrać głosówki dla bliskich, więc spisuję wrażenia tutaj.

[Mój lot obejmował zmianę lotniska w Buenos Aires (uroki tanich połączeń). Miałam na miejscu osiem godzin. Adrenalina popchnęła mnie do aktywnego wykorzystania tego przymusowego przystanku.]

Słońce. Buenos Aires pełne słońca. Dla skóry spragnionej ciepła w środku polskiej zimy to była rozkosz. Fakt, że nie trzeba czapki (chyba że z daszkiem), kurtki ani rękawiczek, że nie trzeba gnać przez chłód. To było uwalniające.

Z lotniska ruszyłam Uberem do miejsca, w którym mogłam zostawić bagaż (polecenie od przyjaciela). Tam wybrałam swój cel: ogród botaniczny w dzielnicy Palermo. Na taką pogodę wydawał mi się idealny, liczyłam na zielony cień drzew.

Zwierzęta, których nie szukałam

Nie od razu trafiłam do ogrodu. Przez przypadek weszłam do czegoś, co wyglądało trochę jak zoo. Zanim się zorientowałam, że jestem dosłownie po drugiej stronie płotu ogrodu botanicznego, zdążyłam się wciągnąć w to miejsce. Widziałam pawie, żółwie, żyrafy, papugi, tapira, emu (lub strusie), flamingi, hipopotama i słonia. Wszystko wyglądało znacznie bardziej naturalnie niż jakiekolwiek zoo, w którym byłam. Zwierzęta chodziły w większości wolno, a tym, którym wytyczono ogrodzenia, dano tyle swobody, na ile pozwalały mury tego niby zoo.

Moją uwagę przykuło stado zwierząt, których nazwy nie znałam. Biegały jak sarny, miały pyszczki kangurów i uszy zajęcy.

Już sprawdziłam, to mary patagońskie. Dokładnie takich gospodarzy potrzebowałam w tym momencie

W niby-zoo spędziłam tyle czasu, ile mogłam. Wypędził mnie upał. Kiedy w końcu trafiłam do właściwego ogrodu botanicznego, zdjęłam buty, położyłam się na jednej z ławek i patrzyłam, jak nieznośne przed chwilą słońce migocze za koronami drzew. To był piękny moment, na który w Polsce musiałabym czekać jeszcze wiele miesięcy.

Na szlaku

Samo Buenos Aires jest ogromne, przytłacza wielkością budynków i ich zagęszczeniem. Miasto przypominało mi trochę Santa Cruz na Teneryfie, odrobinę Palmę na Majorce i tajskie Phuket (głównie przez kolorowe domy). Czułam się tu bezpiecznie, choć aparat przezornie został w bagażu.

Czy chciałabym tu kiedyś wrócić? Ciężko powiedzieć. Powstrzymam się od oceny całego miasta jedynie po kilku godzinach w nim spędzonych. Za to Argentyna zdecydowanie trafiła na moją listę. Patrząc po ludziach na lotnisku i ich strojach – to musi być mekka wszystkich outdoorowców.

Deutery, La Sportivy, Scarpy, Patagonie, a nawet stary dobry Forclaz. Na nogach, na stopach, na rękach, głowach i ramionach. Tu nie nosi się nic, co wykracza poza rozumienie słowa gorpcore (od amerykańskiego stylu GORP – good old raisins and peanuts, czyli podstawowy prowiant na trekking).

Chwilę później, w chmurach

Kiedy lecimy w stronę słońca, jeziora pod nami błyszczą jak brokat.

Dla lepszego wejścia w klimat Buenos Aires zapraszam do obejrzenia mojego filmu.

 


Comments

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Klaudia Żerańska

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej