Antarktyda: Droga do odkrycia samej siebie

Posłuchaj wpisu

25 stycznia 2025, Frankfurt

Dochodzę do wniosku, że lubię podróże. Ale tylko wtedy, gdy już się rozpoczną albo w tych krótkich chwilach tuż przed wyruszeniem – w fazie planowania. Absolutnie nie znoszę czasu „pomiędzy”. Tego ścisku w pracy, byle zdążyć, byle nie zostawić innych z problemem. I tego natrętnego uczucia, że mimo wielu list i odhaczonych checkpointów, o czymś zapomniałam. A przecież zmierzam w kierunku Antarktydy.

Przygotowania do wyprawy
Przygotowania do wyprawy na Antarktydę

Lotnisko: Strefa poza czasem

Za to lubię nowoczesne loty. Latam od wielu lat, w wiele miejsc i widzę, jak dużo się zmienia. Na lepsze. Podróż nie jest już walką o przetrwanie. Znika ten wielki stres przed security. Kontrola bagażu jest już tylko formalnością. Ostatnio na lotniskach bywam na godzinę przed lotem o ile nie nadaję bagażu. Dziś mój pożyczony plecak odjechał na taśmie w głąb lotniska. Tam, gdzie zwykli śmiertelnicy nie mają dostępu.

Moja droga do Ushuai, z której ruszymy w rejs na Antarktydę ma trwać prawie 33 godziny. Trzy lądowania: Frankfurt, Buenos Aires i wreszcie Ushuaia. Tam, gdzie kończy się świat (serio, mają tam Muzeum Końca Świata).

W samolocie do Frankfurtu przypomniałam sobie, że nie przygotowałam jeszcze slajdów na Symposium at Sea. Nie żebym o tym zapomniała, po prostu sumiennie oddalałam tę myśl. Moja głowa pękała w szwach od codzienności, stresu i ekscytacji.

To mają być trzy minuty o mnie. A ja chyba nie do końca wiem, kim właściwie jestem.

Powrót do przeszłości

Kiedy aplikowałam do programu Homeward Bound, byłam w zupełnie innym miejscu. Minęły trzy lata, zdjęcia w chmurze nie kłamią, to był 2022 rok. Dopiero poznawałam mojego obecnego partnera (nowego-starego, bo znamy się przecież od 15. roku życia!). To on pomógł mi nakręcić film zgłoszeniowy – ja, mój pies Diuna, białołęckie łąki i mój głos z offu opowiadający o marzeniach.

Pracowałam na uczelni, na Wydziale Fizyki. Zajmowałam się… grafenem, to na pewno. Konkretnie cienkimi warstwami grafenowymi do zastosowań w tłumieniu fal elektromagnetycznych. To był też czas mojego wyjazdu do Kalifornii – pół roku w słońcu, w grupie badawczej z pionierem w mojej dziedzinie. To doświadczenie totalnie przewartościowało moje spojrzenie na to, co jest możliwe. Ten wyjazd był równie budujący, co destrukcyjny. Zobaczyłam, jak się robi naukę na światowym poziomie i zrozumiałam, że nie dam rady tego robić w Polsce.

Wzloty i upadki

Może dlatego wtedy większość swojej uwagi przelałam na firmę? To było coś! Ledwo po trzydziestce, a już byłam prezeską firmy technologicznej. Firmy, która już nie istnieje, ale nadal – to było coś! A wtedy działałam, jakby firma miała nigdy nie upaść. Rozmowy rekrutacyjne, wynajęcie labu, wielkie plany. Z perspektywy czasu widzę w tym ogromne napięcie. Od początku wszystko szło w złym kierunku, problemy z zespołem, biurokracja, narastająca drama. Naprawdę dziwne, że się z tego nie wycofałam. Wtedy chyba nie umiałam się wycofać z niczego.

Byłam w trakcie programu mentoringowego z moją wspaniałą mentorką Sofią. To właśnie ona poleciła mi Homeward Bound. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna, bo program wiele mi dał. Przede wszystkim pod kątem rozwoju i to nie tylko przywództwa, ale i siebie – tego, jak pracuję z ludźmi.

Potem wszystko potoczyło się lawinowo. Projekt grantowy się skończył, sponsorów zabrakło. Dostałam nagrodę Innowatorki Mazowsza za pracę doktorską, ale przestałam widzieć sens w mojej pracy naukowej. Pożegnałam się z zespołem firmy i ostatecznie zdecydowałam się odejść z uczelni.

Pół roku szukania pierwszej pracy po doktoracie było emocjonalną tragedia. Czułam, że lata doktoratu nic nie znaczą. A przynajmniej nie dla rekruterów. Wtedy znajoma z uczelni powiedziała, że dostała pracę w Centrum Nauki Kopernik. A we mnie coś pękło. Popularyzacja nauki – przecież ja to kocham! A jednocześnie się spóźniłam. To ona dostała pracę, o której nie wiedziałam, że jej chciałam. Jadąc metrem smętnie spoglądałam na stację Centrum Nauki Kopernik i wyobrażałam sobie jakby to było wysiąść już tu. Nie jechać na Rondo Daszyńskiego, nie przesiadać się w tramwaj na uczelnię.

A potem otworzyła się kolejna rekrutacja. I dostałam się. To była jedna z dziwniejszych rozmów rekrutacyjnych, ale zdecydowałam się nie zrażać. Dostałam pracę! Prawdziwą pracę!

Zostałam koordynatorką jednego z laboratoriów edukacyjnych. To, co na papierze wyglądało świetnie okazało się twardym orzechem do zgryzienia. Ale ludzie i instytucja mnie zachwyciły! Minęły trzy miesiące i ciężka praca popłacila. Dostałam awans na zastępczynię kierownika działu.

Więc… kim jestem dzisiaj?

Dziś, w drodze na Antarktydę, widzę trzy twarze tej samej osoby:

NAUKOWCZYNI – mam ogromną pasję do nauki, cieszy mnie pokazywanie ludziom, jak prosta i logiczna potrafi być. I cieszy mnie samo jej poznawanie. Uczenie się nowych rzeczy. Odkrywanie.

PREZESKA – ten etap pamiętam najmniej dokładnie, działo się zbyt dużo w zbyt krótkim czasie. Z pewnością pamiętam to, że środowisko startupów bywało paskudne, pełne półprawd i wielkich ego. Ale pamiętam też to ekscytujące uczucie tworzenia czegoś nowego. Czegoś prawie własnego.

LIDERKA – w miejscu, które kipi kreatywnością. Tutaj widzę przede wszystkim ludzi. Ich historie, ich charaktery, ich trudności i radości.

Kim więc jestem dzisiaj? Chyba po prostu kobietą, która przestała bać się zmian i wreszcie ma odwagę wysiąść na właściwej stacji.


Comments

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Klaudia Żerańska

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej