28 stycznia 2025, Kanał Beagle
Minęła chwila od ostatniego wpisu. Działo się dużo i intensywnie. W końcu też dotarło do mnie zmęczenie i niewyspanie, efekt jet lagu, długiej podróży i współlokatorki w hotelu Albatros, która chrapała głośniej niż ktokolwiek, czyich nocnych arii miałam wątpliwą przyjemność wcześniej słuchać.
Zanim jednak weszłyśmy na pokład, miałam chwilę, żeby trochę poznać Ushuaię. To miasto ma w sobie coś z portowej poczekalni, w której czas płynie inaczej. Z jednej strony kolorowe dachy i turystyczne sklepy, z drugiej, majestatyczne góry na horyzoncie. I oczywiście port. Stałam na brzegu Kanału Beagle i patrzyłam w dal, w nieznane, które miało stać się moim domem na kolejne dwa tygodnie. W Ushuai dotarło do mnie, że dalej na południe jest już tylko pustka i lód. I że z takiej wyprawy można nie wrócić.




Chwilę spędziłam w porcie, przyglądając się statkom. Z oddali nie wydawały się tak ogromne, jak w momencie, gdy mijałam je, idąc w stronę naszej jednostki Island Sky. Kiedy oglądałam zdjęcia statku przed podróżą, wydawał się gigantyczny. W końcu miał pomieścić i nakarmić ponad setkę pasażerek przez dwa tygodnie. Jednak w porcie okazało się, że jest jednym z mniejszych. Stały tam kolosy pasażerskie zabierające na pokład 400 czy nawet 1000 osób. Ushuaia wyglądała jak jeden wielki hub turystyczny.




A potem był już tylko trap, uścisk dłoni załogi i przejście do zupełnie innej rzeczywistości.
Hotel na wodzie
Dziś jesteśmy już na statku. Pierwszy dzień w “hotelu na wodzie”, jak opisuje go obsługa. To bardzo dobre porównanie. Szczerze mówiąc, jest mi tu trochę dziwnie. Jedzenie podane do stołu, pokoje sprzątane kilka razy dziennie. Jakoś się w tym nie odnajduję, jest zbyt prosto. Zbyt all inclusive. Większość załogi to Filipińczycy. Dbają o każdy Twój oddech i o to, żeby Twoje potrzeby zostały spełnione… najlepiej, zanim się pojawią.
A przecież nie o to chodzi w wyprawie!
Powinno być ciężko, zysk, jakim jest cel wyprawy, powinien być przypłacony ciężką pracą. Kiedy przygotowywałam się do podróży, czytałam rady poprzednich uczestniczek. Pakowałam się w plecak, bo miejsca w kabinach miało być tak mało, że walizki miały zostać zabrane pod pokład. Tymczasem mój pokój jest, jak na standardy morskiej wędrówki, ogromny. Dzielę go z Meropi, francusko-greczynką. Powoli udaje nam się znaleźć wspólny język i odnajdywać w pierwszej trudnej sytuacji na naszej drodze.



Poziomy niesprawiedliwości
Jak mówi stare przysłowie: jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Statek ma kilka poziomów. Na każdym znajduje się coś ciekawego: jadalnia, miejsca spotkań, salonik do pogaduszek i biblioteka, w której można odpocząć od hałasu. Jest też jadalnia zewnętrzna i wiele pokładów do przemierzenia w codziennej tułaczce po liczbę kroków. No i oczywiście kajuty.
Przed wejściem na pokład wystartowała maszyna losująca. W swojej bezstronności wybrała, jaki poziom będziemy zamieszkiwać przez resztę podróży:
- Poziom 2: Jeśli maszyna wylosowała dla Ciebie ten poziom, masz pecha. Twoim jedynym oknem na świat jest mały świetlik, czyli tzw. porthole.
- Poziom 3 (mój): Mamy okno, a pokoje mają też małą kanapę. Trik polega na tym, że te pokoje zaludniane są często przez trzy osoby, więc jedna z nich musi być dość niska, żeby się na tej kanapie zmieścić.
- Poziom 4: Drzwi balkonowe wychodzące na pokład. Mało prywatności, ale za to jakie widoki!
- Poziomy 5 i 6: Na te nawet nie patrzyłam. Zdecydowanie wykraczają poza moją skalę luksusu.
Choć wiedziałyśmy o losowaniu, to fakt, że niektóre z nas utknęły za świetlikami, budzi emocje. Miałyśmy się w połowie podróży zamieniać, jednak wygląda na to, że ta obietnica została odwołana. Zostaje nam pogodzić się z losem i radzić sobie przez cichą wymianę smutnych uwag na korytarzach i w saloniku.
Co bierzesz?
Dziś najczęstszym pytaniem było „co bierzesz?”. Oczywiście w kontekście środków na chorobę morską. Dziś w nocy dopłyniemy do Cieśniny Drake’a, gdzie podobno buja najbardziej na świecie. Pożyjemy, zobaczymy. Mam jeszcze zapas tabletek.
Formy leków na chorobę morską według krajów:
- Nic – nieliczne jednostki międzynarodowe,
- Patches (plastry) – Australia i USA,
- Tabletki – reszta świata, w tym Polska.
Na razie biorę moje polskie tabletki i jestem odrobinę senna. Pytanie, co kryje jutro.


Zostaw odpowiedź